Nazywam się Marcin. Pochodzę z Białegostoku i mam obecnie 33 lata. Od dwóch lat jestem nawróconym dzieckiem Bożym. Nawróciłem się w czerwcu 2006 roku. Tam w swoim domu spotkałem swego Boga. Wcześniej wiedziałem o Nim wiele, lecz niewiele się przejmowałem tym, co z tą wiedzą uczynić. Choć czytałem Pismo Święte, choć byłem człowiekiem obeznanym ze Słowem Bożym, nigdy wcześniej, Jezus Chrystus nie był dla mnie kimś tak bliskim jak stał się w tamtym czasie, gdy do Niego zawołałem.

Urodziłem się w rodzinie katolickiej. W domu, gdzie alkohol był wiernym przyjacielem, a głód częstym towarzyszem. Oprócz domu było podwórko i koledzy. Tam również nie gościło nic dobrego. Kradzieże, wszelkiego rodzaju używki, narkotyki, alkohol i wszystkie inne zło, które staczało w coraz większy dół. I ja byłem tego wszystkiego uczestnikiem.

W dużej mierze wychowywali mnie dziadkowie. Opiekowali się mną, dawali jeść i często nocleg. Wdrażali mnie również w religie, prowadząc do kościoła. Uczestniczyłem również w „kółkach różańcowych”, które odbywały się właśnie u moich dziadków. Był czas kiedy to lubiłem. Kościół, różańce, modlitwy... ale szybko przyszedł czas, gdy to wszystko zaczęło mnie męczyć i odsuwałem się coraz bardziej.

Przełomowe, okazały się wakacje, gdy miałem 13 lat. Wtedy jeden z kolegów, starszy, poczęstował mnie wódką. Upiłem się do nieprzytomności. I tak mi zostało. Spodobało się i wpadałem w coraz większe bagno. Później były narkotyki. Ćpanie kleju, marihuana i amfetamina. W 8 klasie szkoły podstawowej zamknięto mnie na 6 miesięcy do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Tam skończyłem szkołę podstawową. Po wyjściu poszedłem do ZDZ, gdzie uczyłem się zaledwie pół roku. Przestałem chodzić i mnie wylali. Ukrywałem to w tajemnicy przed rodziną.

Jednego dnia, gdy nie poszedłem do szkoły, wziąłem ze sobą Pismo Święte, aby troszkę poczytać. To moja babcia zachęcała mnie do przeczytania Dziejów Apostolskich. Choć nie byłem pilnym uczniem, to książki czytałem w dużych ilościach. Schowany na samej górze klatki schodowej, wziąłem do ręki Biblię i czytałem. Dzieje Apostolskie a później ewangelię Mateusza. Miałem tylko Nowy Testament. Odłożyłem Pismo i zupełnie o nim zapomniałem. Jak się później okazało, Bóg, Jego Słowo zaczęło pracować w moim życiu.

W wieku 16 lat zamieszkałem sam, bez opieki. Mieszkanie po dziadkach, którzy umarli. Mój dom stał się meliną. To wszystko co robiłem wcześniej, nabrało jeszcze silniejszego oblicza. Podczas jednej z bójek z moim starszym bratem, gdy stanęliśmy po raz kolejny aby „walczyć”, nagle, w mojej głowie przypomniał się werset:
A ja wam powiadam, że każdy, kto sie gniewa na brata swego, pójdzie pod sąd, a kto by rzekł bratu swemu:Racha, stanie przed Radą Najwyższą, a kto by rzekł: Głupcze, pójdzie w ogień piekielny. Mat.5:22

Uciekłem i pomodliłem się wtedy pierwszy raz do Jezusa. Do drzwi zapukali Świadkowie Jehowy. To było nieco po mojej modlitwie. Zaprosiłem ich i zaczęliśmy rozmawiać. Po roku zostałem ŚJ. Byłem nim przez 3 lat. Odszedłem od organizacji. Pamiętam, że poruszył mnie jeden fragment z listu do Rzymian 8:14-16. Zastanowiło mnie to, że ja nie mam Ducha Świętego, bo i przecież tak uczyła organizacja ŚJ.

Ożeniłem się i rozwiodłem. Kolejne doświadczenie w życiu. Alkohol znowu stał się moim kamratem. Znowu paliłem papierosy. Usta pełne niecenzuralnych słów. Praca jaką wykonywałem i wykonuje nadal, sprzyjała w prowadzeniu rozrywkowego trybu życia. Imprezy, szkolenia, picie, towarzystwo. I tak w koło. Znowu powrót do „korzeni”. A tak bardzo chciałem być szczęśliwy! Pamiętam, że zawsze pragnąłem szczęścia. Niestety, szukałem go nie tam, gdzie powinienem. Dlaczego? Zastanawiałem się. Rozwód dał mi kolejne powody do rozmyślań. Tak wszystko misternie budowane w jednej chwili legło w gruzach. Pytałem dlaczego?!

A Bóg odpowiedział. Przyszedł do mnie mój stary przyjaciel i powiedział:
- Marcin... znalazłem Jezusa. Teraz Ty czytaj Biblię i się módl.
Wiedziałem, że to była odpowiedź na moje modlitwy. Nieco wcześniej był u mnie Rafał, mój szwagier. Poprosił o opinię na temat proroctwa z księgi Daniela, gdyż znalazł stronę internetową z wykładnią tego proroctwa. Sprawdziłem w Biblii czy się zgadza tekst i odpowiedziałem, że jest ok. Co do wykładni nie miałem chyba zdania. Nie pamiętam. Choć biorąc pod uwagę swoją ówczesną pychę to pewnie skomentowałem, jako „fachowiec”.

Następny tydzień po wizycie mego przyjaciela był szczególnym okresem. Pamiętam wszystkie wątpliwości jakie zasiewał we mnie diabeł. Pamiętam te obawy o stratę pracy, rodziny. Obawy o chodzenie do kościoła, bo i jakiego. Przecież nie do ŚJ. A inne były dla mnie „Babilonem”. Ale i w tym pomógł mi Bóg. Wlał w moje serce przekonanie, że On nie patrzy na denominację, tylko na serce. Jeśli ktoś jest narodzony z Jego Ducha, to ten jest Jego. Po tygodniu pojechałem do przyjaciela, który powiedział mi o Jezusie. Tam spotkałem również nowo nawróconego człowieka (obecnie mego przyjaciela i brata).Rozmawialiśmy. Powiedział mi, że musze się narodzić na nowo. Ja chciałem na początek pozbyć się nałogów, a potem prosić Boga o Ducha Świętego. On powiedział, że w takim razie, nigdy nie przyjdę do Boga. Zaskoczył mnie, lecz słowa te włożył Bóg w jego usta. Dziś wiem, że Jezus oczekuje nas takimi jakim jesteśmy. Brudni, w łachmanach, gdyż to On ma nas oczyścić, Jego krew nas obmyć i Jego ręka nałożyć na nas szaty sprawiedliwości. Ale wtedy nie wiedziałem. I dotarło to do mnie. Wróciłem do domu i się modliłem. W łzach, bólu, prosiłem Boga o wybaczenie, ratunek i Jego Ducha. Modliłem się noc i dzień. Pamiętam, że zasypiałem, tam gdzie byłem. Nie ścieliłem łóżka tylko się modliłem i czytałem Słowo Boże.

Obudziłem się. Już było inaczej. Mijały pierwsze dni. Dni ciągłego siedzenia przy Słowie. Każdą wolną chwilę poświęcałem na czytanie Biblii. Byłem tak spragniony. A Bóg działał. Bóg przekonywał mnie o moim grzechu i Jego łasce. Wprowadzał w coraz to nowe łaski, których nawet się nie spodziewałem. Nie wiedziałem, że aż tak obfita jest miłość Boża. Przestałem palić. Alkohol, którego wcześniej nie mogłem się pozbyć mimo usilnych starań, przestał istnieć. Pokój i opanowanie, które ogarnęło moje serce. To wszystko było darem od Boga. Jeździłem samochodem i już nie kląłem!

Bóg zaczął prostować moje ścieżki. Chodziłem i szukałem pojednania z tymi, którym wcześnie zrobiłem krzywdę. Oddawałem to co kiedyś ukradłem (według możliwości). Przepraszałem i wyznawałem swoje grzechy. I dzieliłem się z innymi Jezusem. Kupowałem Pismo Święte i rozdawałem według możliwości. Zaraz potem Bóg, skierował mnie do „Gedeonitów”. Tam jestem do dziś. Dzięki Bogu mogłem rozdać z innym braćmi, tysiące egzemplarzy Nowego Testamentu. Postawił na mojej drodze wspaniałych braci i siostry, z którymi mogę działać na rzecz ludzi uzależnionych. Służba przy Coffee House. Ale przede wszystkim uświadamia jak bardzo jestem od Niego zależny. Przecież nic bez Niego uczynić nie mogę! Wprowadza mnie i uczy modlitwy. Podnosi, wspiera, pociesza i błogosławi. Karci i smaga. I za to niech będzie Jemu chwała. Za wszystkie dobra i łaski jakie otrzymuję w swoim życiu ja i każdy człowiek, który się do Niego zbliża.

Dla mnie też ważnym było jak mnie przeprowadzał przez różne nauki. Jak dawał się poznać. Jak pokazał, że On jest Duchem Świętym, a nie żadną mocą. Że Jezus to On, a nie stworzenie. Że On zwyciężył świat już 2 tys. lat temu. Pokonał tam diabła... grzech. Pokazuje mi, że najważniejsze jest aby trwać w Nim. Aby szukać tej społeczności, relacji... osobistej.

Nie zasłużyłem na żadną z tych rzeczy. Nie jestem godny, aby takie dary otrzymywać i to jest cudowne. To On jest moją sprawiedliwością, moim uświęceniem, moim zbawieniem. Jezus Chrystus jest tym, którego znam! Dziś mogę powiedzieć: Znam Cię Panie Jezus bo Ty mnie poznałeś! I dziękuję. Tak bardzo Ci dziękuję!!!

Chwała Bogu.
Amen.