Drukuj
 

Panie, nie wywyższa się serce moje
I nie wynoszą się oczy moje;
Ani nie chodzi mi o rzeczy zbyt wielkie
I zbyt cudowne dla mnie.
Zaiste, uciszyłem się i uspokoiłem mą duszę;
Jak dziecię odstawione od piersi u swej matki,
Tak we mnie spokojna jest dusza moja. (Ps. 131)
 

Te słowa odzwierciedlają obecny stan mojej duszy. To naprawdę cudowne uczucie, kiedy Pan przychodzi do Twego serca i od tego momentu masz świadomość, że nie jesteś już sam, że nigdy nie będziesz. Ja doświadczyłam tej wspaniałej łaski nowego narodzenia w maju 2008 roku, mając prawie 30 lat.

 
Wychowywałam się w rodzinie katolickiej. Chodzenie do kościoła, na lekcje religii,  uczestnictwo w różnych obrzędach traktowałam jak obowiązek, jeden z wielu. Nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad moimi relacjami z Bogiem, a to co widziałam i słyszałam w kościele wcale mnie do Niego nie przybliżało. Wszystko to wydawało mi się takie skostniałe, powierzchowne, wręcz pozbawione duchowości. Z biegiem lat, kiedy już sama mogłam decydować o swoim życiu, zaczęłam coraz rzadziej chodzić do kościoła, aż w końcu doszłam do wniosku, że nie jest mi to do życia potrzebne. Najgorsze jest jednak nie to, że przestałam kultywować obrzędy religijne, ale to, że przestałam mieć jakąkolwiek społeczność z Bogiem. Ze smutkiem stwierdzam, że nie szukałam Boga i żyłam z dala od Niego.
 
Przez te wszystkie lata miałam świadomość istnienia Boga,  jednak był On dla mnie odległą, obcą postacią; raczej legendą niż kimś realnym. Kimś, kogo często nie rozumiałam, bo skoro Bóg jest dobry i miłosierny, to dlaczego na świecie jest tyle wojen, zła, nienawiści, dlaczego umierają dzieci – myślałam.
Bóg jednak jest tak wspaniały, że czasem puka do naszych serc, mimo że my wcale Go nie szukamy. I o mnie również postanowił się upomnieć. Pierwszym człowiekiem, od którego usłyszałam prawdziwą Ewangelię był Marcin – nasz przyjaciel. Po swoim nawróceniu zaczął opowiadać nam o Bogu, o tym co należy zrobić, aby narodzić się na nowo i zostać zbawionym. Choć lubiłam go słuchać, to tak naprawdę nie wiedziałam za bardzo o co chodzi – przecież ja też wierzyłam w Boga i w to, że Chrystus umarł na krzyżu. Widziałam jednak jak zmienia się życie Marcina i niepojęte dla mnie było to, że Bóg tak wspaniale może odmienić życie zwykłego człowieka. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i dochodzić do wniosku, że coś w tym musi być, że może to nie jest tylko legenda.  Trochę nawet zazdrościłam Marcinowi tej jego wiary, która wypełniła i nadała cel jego życiu.
 
Jednocześnie zaczęłam dostrzegać pustkę w moim życiu. Owszem, miałam kochaną rodzinę, pracę, dom - czyli w zasadzie wszystko, co do szczęścia potrzebne, ale zdałam sobie sprawę, że w moim życiu panuje duchowa pustynia. To ziemskie życie wydało mi się takie beznadziejne, bezwartościowe, wypełnione tylko pogonią za dobrami materialnymi, dążeniem do sukcesu, egoistycznymi pobudkami. A co potem - po śmierci, która przecież może przyjść w każdej chwili? Dokąd zmierzamy? Nie mogłam w tym wszystkim odnaleźć sensu. Zaczęłam bać się końca świata, o którym wiele opowiadał mi Rafał - mój mąż i zastanawiać co się ze mną stanie.
 
Przełomowym momentem na mojej drodze do Boga było przeczytanie serii „Powieść o czasach ostatecznych”. Jest to powieść, w której na podstawie Objawienia św. Jana, opisane zostały dzieje świata od momentu pochwycenia Kościoła, aż do powrotu Pana. Od pierwszej strony nie mogłam się oderwać od czytania, bo znalazłam tam odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania. Nagle wszystko to, o czym słyszałam od Marcina w ciągu tych prawie 2 lat, stało się jasne. Jakby otworzyły mi się oczy i zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi.
 
Nagle tak bardzo zapragnęłam poznawać Boga! Zaczęłam czytać Pismo Święte, słuchać kazań, wertowałam Internet w poszukiwaniu świadectw nawrócenia i Bożego działania. Bóg wspaniale posłużył się wykładami Mirosława Kulca – jego kazania bardzo do mnie przemawiały i dawały wiele powodów do przemyśleń. Zaczęłam również chodzić na studium biblijne do Kościoła Chrześcijan Baptystów, do którego zaprowadził nas Marcin. Z każdego nabożeństwa wychodziłam bardzo poruszona i coraz bardziej przekonana, że jest tylko jedna droga, po której mogę i chcę kroczyć.
 
Zaczęłam modlić się do Boga – nie wyuczonymi formułkami, które znałam, ale szczerze - prostymi słowami płynącymi z głębi serca. Prosiłam Boga, aby odmienił moje życie, które było jak bańka mydlana – na zewnątrz piękne i kolorowe, a w środku puste. Zrozumiałam, że nie mogę, nie chcę tak dalej żyć i sama nic nie mogę zrobić, aby to zmienić. Prosiłam Jezusa, aby zabrał moje grzechy i poniósł je na krzyż, bo ja sama nie jestem w stanie zakryć ich swoimi dobrymi uczynkami. Otworzyłam moje serce na tę wspaniałą łaskę  i uznałam Go moim osobistym Panem i Zbawicielem. Modliłam się, aby Bóg mnie dotknął i uczynił swoim dzieckiem. Tak bardzo pragnęłam nim być!
 
W tym czasie mój mąż wyjechał w podróż służbową do Włoch. On również poszukiwał Boga - robiliśmy to razem, wiele rozmawialiśmy i przekonywaliśmy nawzajem o tym, że istnieje jedyna droga. Brakowało tylko tej ostatecznej decyzji. Gdy ją podjęłam, zapragnęłam się z nim tym podzielić i wysłałam smsa o treści: Tylko z Jezusem… chcę dalej iść przez życie. To było jak wyznanie! Poczułam wtedy ogromną ulgę i szczęście. To niesamowite, ale Bóg tak wspaniale tym wszystkim pokierował, że Rafał wrócił z tamtej podróży jako nawrócony człowiek. Popatrzyliśmy sobie w oczy i wiedzieliśmy, że wszystko się zmieniło, że zaczynamy nowe życie, z Chrystusem.
 
Bóg, w Swej wielkiej łasce, usłyszał moje wołanie i podał mi rękę. Już nigdy nie chcę jej wypuścić. Chcę chodzić z Nim każdego dnia, w każdej chwili mojego życia. On jest moim Panem, ukochanym Ojcem i najlepszym Przyjacielem, który zawsze jest przy mnie i do którego zawsze mogę się zwrócić.
 
Największym moim pragnieniem jest być taką, jaką chce widzieć mnie mój Pan i całkowicie, w 100% wypełniać jego wolę. Od razu, po nawróceniu zaczęłam szukać tej Bożej woli dla mojego życia i modlić się o służbę. Pan dał mi nowe życie, więc teraz należy ono do Niego. On wysłuchuje modlitw i pokazuje, powoli odkrywa przede mną, do czego jestem powołana. Zawsze chciałam pomagać ludziom, jednak wiele pomysłów, które miałam w przeszłości, nigdy nie zostało zrealizowanych. Teraz wiem dlaczego – bo nie było w nich Boga, chciałam wszystko robić sama, polegając tylko na sobie. Teraz nie polegam już na swoich możliwościach - mieszka we mnie Duch Święty, a w Jego mocy można wszystko. Bo:
Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie. (Ew. Jana 15:5)

Pragnę zawsze być blisko Pana, wzrastać w poznawaniu Go  i posłusznie wypełniać Jego wolę dla mojego życia. Pragnę zawsze mieć gorące serce, gotowe pójść tam, gdzie Pan mnie pośle. Pragnę, ile sił, głosić Jego wspaniałą łaskę, która daje życie wieczne:

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (Ew. Jana 3:16)

Chwała Mu za wszystko! Amen.

 

Świadectwo ukazało się w czasopiśmie Pryscylla